Szanowni Państwo, zachęcam do zapoznania się z informacjami dotyczącymi mojej działalności dla Podkarpacia. Chciałbym, abyście Państwo z tego serwisu czerpali wiedzę o wydarzeniach i najważniejszych sprawach dla naszego regionu, a także o mojej aktywności, podejmowanych inicjatywach i wspieranych inwestycjach, dzięki którym Podkarpacie staje się "regionem równych szans". Ta ziemia, dla nas od innych droższa, zasługuje na szczególny szacunek i wszechstronny rozwój.

Stanisław Ożóg

wiedza i doświadczenie dla Podkarpacia

Europa potrzebuje głębokiej refleksji

23.10.17

Na temat zakończonego w ubiegły piątek unijnego szczytu, z posłem do Parlamentu Europejskiego Stanisławem Ożogiem, dla internetowego wydania „Naszego Dziennika” rozmawiał Mariusz Kamieniecki.

Donald Tusk, który jeszcze jakiś czas temu groził Polsce nieuchronnością kar, powiedział w piątek, że nie widzi przyszłości dla projektu przymusowej relokacji imigrantów. Zaznaczył też, że ten „węzeł gordyjski” trzeba będzie przeciąć. Skąd nagle taka ewolucja w poglądach szefa Rady Europejskiej?

 – Warto się zastanowić, czy Donald Tusk w ogóle ma poglądy…? Natomiast trudno ocenić, na ile trwała jest ta ewolucja, bo bardziej wygląda na to, że została wymuszona sytuacją. Jeszcze do niedawna Warszawa i Budapeszt były krytykowane za konsekwentne, jednoznaczne stanowisko wobec problemu imigrantów. Jednak dopiero dzisiaj zachód Europy raczył zauważyć, że to nie Bruksela, ale Polska i Węgry miały rację.

Oczywiście trudno będzie ten fakt przyznać oficjalnie, bo elity brukselskie nie mają w zwyczaju przyznawać się do błędów czy porażek, ale w pojedynczych wypowiedziach większości polityków zachodnioeuropejskich takie stwierdzenia zaczynają się pojawiać. Krach dotychczasowej polityki oraz świadomość, że przymusowa relokacja imigrantów nie miała podstawy prawnej, i to zarówno w systemach poszczególnych państw członkowskich, jak też w traktatach unijnych, sprawiły, że elity unijne musiały czy muszą się z tego dyktatu wycofać.

Unijny szczyt potwierdził fiasko programu relokacji imigrantów, ale zmiana frontu przez Tuska chyba musi zastanawiać…?

– Donald Tusk, przymuszony sytuacją, wyraził to, co powinien powiedzieć już wtedy, kiedy zrodził się ten chory plan zmuszania suwerennych państw do przyjmowania imigrantów. Dotyczy to także oczywistej oczywistości, że Europa musi być razem, bo w przeciwnym wypadku cały ten projekt pod nazwą Unia Europejska może się rozsypać. Fakt faktem zmianę frontu brukselskich elit i państw zachodniej Europy należy odnotować z satysfakcją. Zwłaszcza że z ust takich polityków jak przewodniczący Tusk jeszcze jakiś czas temu można było usłyszeć, że Polska, nie godząc się na relokację, de facto sama się izoluje, podobnie jak Węgry.

Tymczasem życie pokazało mądrość i dalekowzroczność przywódców Polski i Węgier, co zostało – w końcu – zaakceptowane i uznane przez większość państw członkowskich, oraz małość unijnych decydentów mieniących się przywódcami UE. Tusk musiał się cofnąć, nie miał innego wyjścia. Alternatywą było przyznanie się do błędu albo złożenie papierów na stole i pożegnanie się z piastowanym urzędem.

Jednym z tematów zakończonego szczytu był Brexit. Wciąż jednak chyba brakuje kompromisu co do rozstania się UE z Wielką Brytanią…

– Wydaje się, że jest pewien postęp, bo Rada Europejska zauważyła – wreszcie – że w tej materii, w negocjacjach dotyczących Brexitu między UE a Zjednoczonym Królestwem istnieje pat. Unijni decydenci: Komisja Europejska, Parlament Europejski zauważyli, że zalecając tzw. twardy Brexit, popełniono błąd.

Postawiony Wielkiej Brytanii warunek: kontrybucja wielkości 50, 70 czy nawet 100 miliardów euro i od tego uzależnianie dalszej dyskusji okazało się niewybaczalnym błędem KE przy jednoczesnej akceptacji RE. Zapomniano przy tym, że Wielka Brytania nie występuje tu w roli petenta. To był błąd, bo widocznie ktoś albo nie zdawał sobie sprawy, albo zapomniał o sytuacji gospodarczej na styku Wielka Brytania – państwa UE. Zjednoczone Królestwo ma ujemny bilans handlowy z 27 krajami Unii. W tej sytuacji straszenie Brytyjczyków zamknięciem rynku jest kpiną.

Co to oznacza?

– Zamknięcie rynku z dnia na dzień uderzy, i to potężnie, w najsilniejsze gospodarki europejskie, przede wszystkim zaś w Niemcy, kraje Beneluksu czy kraje skandynawskie i może w mniejszym zakresie we Francję, czyli w głównych eksporterów do Wielkiej Brytanii. W związku z tym – wydaje się, że RE poszła po rozum do głowy, bo stawianie sprawy na ostrzu noża – o czym wielokrotnie mówiłem – jest niewybaczalnym błędem. Na razie sytuacja wygląda tak, że premier Theresa May mówi – owszem – zapłacimy żądaną składkę w pierwszym kwartale 2019 r., ale na tym koniec.

Nikt z unijnych elit chyba nie zdawał sobie sprawy – a powinien, że składka brytyjska do wspólnej kasy stanowi netto ponad 10 proc. rocznego, ale również siedmioletniego budżetu UE. Nadwyżka tego, co wpłaca Wielka Brytania, w zestawieniu z tym, co odzyskuje, to ponad 10 miliardów funtów. Kiedy zabraknie tych pieniędzy, może budżet unijny się nie załamie, ale stworzy poważne problemy.

Unijne elity nie zdawały sobie wcześniej sprawy z tych zagrożeń?

 – Każdy, z Tuskiem na czele, powinien był sobie uświadomić, że perspektywa finansowa UE na lata 2014-2020, która kończy się tak naprawdę w 2023 r. przez prawie cztery lata, będzie realizowana bez brytyjskich pieniędzy. To pokazuje, jak wielki błąd popełniono, forsując tzw. twardy Brexit, nie podejmując dyskusji na tematy gospodarcze czy społeczne.

Również liczba Europejczyków pracujących na Wyspach w porównaniu z liczbą Brytyjczyków pracujących na kontynencie przemawia na korzyść 27 państw UE. I dopiero na zakończonym w piątek szczycie RE podjęto rzeczową dyskusję na temat rozmów z Wielką Brytanią. I mimo że ten szczyt nie zaowocował konkretnymi ustaleniami, ważne jest, że RE zaleciła dalsze negocjacje ze Zjednoczonym Królestwem, nie mówiąc już o tzw. twardym Brexicie.

Tak czy inaczej to tylko potwierdza nieudolność i brak refleksji unijnych elit…

– Proszę zwrócić uwagę, że w szeroko pojętych strukturach unijnych jest zatrudnionych blisko 50 tysięcy pracowników. Jeśli chodzi o Brexit, to w tej chwili Parlament Europejski zastanawia się, co zrobić, jak podzielić 73 wakujące mandaty, jakie od końca marca 2019 r. powstaną po eurodeputowanych z Wielkiej Brytanii. Na logikę, choćby ze względów ekonomicznych, które powstaną po Brexicie, należałoby ograniczyć skład europarlamentu o 73 mandaty.

Tymczasem dyskusja i szarpanie się poszczególnych 27 państw członkowskich o mandaty trwa w najlepsze. Dodam, że w propozycjach, jakie się pojawiły, nie ma mowy choćby o jednym dodatkowym mandacie dla Polski.

Podczas zakończonego szczytu RE dyskutowano też na temat Nord Streeam 2. Jednak – jak zauważył szef KE Jean-Claude Juncker – wciąż brak jednomyślności co do storpedowania tego niemiecko-rosyjskiego projektu, który zagraża bezpieczeństwu energetycznemu większości państw UE. Co dalej z tą sprawą?

– Na rzecz realizacji projektu Nord Streeam, a tym samym na naszą niekorzyść działa potężne lobby polityczno-gospodarcze. Oficjalnie w tym temacie jeszcze nie wypowiedziała się kanclerz Angela Merkel, ale szef niemieckiej dyplomacji wielokrotnie zabierał głos. Próba odcięcia się Niemiec od tego, co jest faktem, a mianowicie, że jest to przedsięwzięcie również w wymiarze politycznym, nikogo rozsądnego nie przekona czy nie zwiedzie. Nie ulega wątpliwości, że jest to przedsięwzięcie polityczno-gospodarcze, a nie gospodarczo-polityczne.

Ojcowie założyciele UE opierali ten projekt na solidaryzmie i solidarności państw. Niestety, obecna Unia nie ma nic wspólnego z tą ideą, jaką się kierowali Robert Schuman, Jean Monnet, Konrad Adenauer czy Alcide De Gasperi. Jeśli na czele projektu, który ma zagrozić bezpieczeństwu energetycznemu krajów członkowskich, stoi były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, to trudno do tego dodać coś więcej. Myślę, że zyskaliśmy sojusznika, bardzo silnego partnera po stronie Danii, który zapowiedział blokadę tego przedsięwzięcia.

Również Zieloni, którzy zawsze byli przeciwni projektowi Nord Streeam i – jak wszystko wskazuje – będą tworzyć koalicję rządową w Niemczech, też zdania nie zmienią. Pozostaje mieć nadzieję, że uda się zdobyć potrzebną większość w RE i ten szkodliwy projekt nigdy nie doczeka się realizacji.

Przed szczytem odbyło się spotkanie szefów państw Grupy Wyszehradzkiej z Jean-Claude’em Junckerem. Czy to zapowiedź nowych, lepszych, partnerskich relacji?

 – Junckera przekonać do czegoś czy zatrzymać przed czymś może tylko strach. Podobna sytuacja jest z kanclerz Merkel. Strach przed wynikami wyborów w Austrii, również przed tym, co – jak wszystko na to wskazuje – wydarzy się w Czechach, powoduje, że Jena-Claude Juncker zaczyna się obawiać nowej sytuacji w państwach UE, które przechodzą kolejno przez okres wyborczy.

Austriacy, choć ostatecznie nie wyłoniono jeszcze rządu, ustami nowego kanclerza, młodego wiekiem, ale jak się wydaje wytrawnego już polityka Sebastiana Kurza, to można powiedzieć, że wypowiedzieli swoje zainteresowanie Grupą Wyszehradzką, której Polska jako największe państwo, biorąc również siłę gospodarki wydaje się naturalnym liderem. Możliwe jest też zbliżenie Austrii z Węgrami, co niekoniecznie może być dobre dla Polski. Stąd ważne będą relacje także na linii Polska – Rumunia, w których widać pewne zbliżenie.

Tak czy inaczej na przestrzeni roku w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej możliwe są pewne przetasowania. Mam nadzieję, że w ich efekcie pozycja Polski się umocni. Tak czy inaczej warto się przyglądać tym geopolitycznym wydarzeniom.

Jak to zbliżenie Wiednia z Budapesztem może wpłynąć na sytuację Polski, dla której Węgry są partnerem, którego głos w RE ma nas uchronić przed ewentualnymi restrykcjami ze strony KE?

 – Mam nadzieję, że premier Victor Orbán nie zdradzi Polski i że nasze państwa będą nadal mówić jednym głosem. Tak czy inaczej nie należy wykluczać wpływania Austrii na te nasze przyjacielskie relacje czy wręcz prób rozmiękczania stanowiska Węgrów.

UE przeżywa poważne kryzysy także tożsamościowe…

– UE, w ogóle Europie, potrzeba głębokiej refleksji, potrzeba powrotu do chrześcijańskich wartości i zasad, na jakich została zbudowana. To nie kto inny jak nasz wielki rodak św. Jan Paweł II widział Europę jako jedność, który mówił o Europie, która powinna oddychać dwoma płucami. Jednak od tego czasu w Europie wiele się zmieniło – niestety zmieniło się na niekorzyść.

Byłem na sali plenarnej europarlamentu, kiedy przemawiał Papież Franciszek, i widziałem obojętność lewackiej Francji wobec tej wizyty i tego Papieża. Widziałem też, kto przybył na spotkanie z Ojcem Świętym – byli to przede wszystkim nasi pracownicy, nasi asystenci. Cóż z tego, że Papież Franciszek podczas tzw. głównej debaty w PE wypowiedział tak mądre słowa, że otrzymał owacje na stojąco, skoro po przerwie i po wyjeździe Papieża na tej samej sali do głosu doszli lewaccy europosłowie, narzucając swoją wizję Europy.

To całe lewactwo coraz bardziej narzuca swoją wolę innym, co widać chociażby w pracach poszczególnych komisji PE. W tej sytuacji, kiedy Europa znalazła się w poważnym kryzysie – i to niestety na własne życzenie – byłoby dobrze, żeby św. Jan Paweł II został patronem Europy, tym, który może nam pomóc zmienić oblicze Starego Kontynentu. Jego przekaz, jego słowa, jego nauczanie – choć tak mało z niego korzystamy – są wciąż aktualne, a jego wstawiennictwo przed Panem Bogiem bardzo potrzebne nie tylko nam, Polakom, ale także całej Europie.

Dziękuję za rozmowę

Źródło: NaszDziennik.pl
  • Biuro Posła do Parlamentu Europejskiego Stanisława Ożoga: ul. Hetmańska 9 pok. 104, 35-045 Rzeszów
  • tel: +48 17 853 30 97,
  • e-mail: biuro.stanislawozog@gmail.com